Jestem ( T.I) (T.N) , mam 17 lat. Urodziołam się w bardzo zamożnej rodzinie. Więc nie zdziwi was za pewne fakt że moi rodzice, raczej nie mieli dla mnie czsu. Już od najmłodszych lat, wychowywały mnie niańki. Zaczęło się od Aleksandry Watson, kończąc na mojej ulubionej : Patrishii Wiliamson. Ona była dla mnie jak przyjaciółka, z wyjątkiem tego że zawsze chodziła za mną, i robiła wszystko co chcę . nigdy nie zmuszała mnie do czegoś na co nie miałam ochoty, za co w sumie ją lubiłam. Ale wracając do piątku, właśnie przedwczoraj wszystko w moim życiu troszkę się popsuło. A dokładniej Pani Wiliamson, została zwolniona. Tak właśnie ZWOLNIONA !. Co najlepsze nie dlatego że jestem juz prawie pełnoletnia, ale z racji tego iż, pokłuciła się ona z moją mamą. Dziwi mnie że noga mojej rodzicielki w ogóle zawitała do domu. Nie to, że mam coś do swojej mamy. Była nawet dobrą kobietą, ale nie często dało ją się zobaczyć, w naszej willi. Zawsze była gdzieś poza krajem, lub siedziała właśnie w samolocie razem z miom ojcem. Mimo tego strasznie ją kocham. Jednak jej cierpliwość chyba się skończyła, ponieważ nie patrząc wcale na to co zrobi teraz Patrischia, Matka po prostu wywaliła ją z domu. Zastępując jej osobę ni jakim :Louisem Tomlinsonem. I mimo zapewniej mojej rodzicielki , wątpiłam że polubie tego gościa. A właśnie dzisiaj wypada dzień, w którym, ma się pojawić, mój "służący".
19 czerwca, niedziela :D :
- ehem. No wiem mamo! Dobrze będe miła, obiecuje. Na prwde się postaram. No papa. - porzegnałam się z (I.T.M) , odsunęłam telefon od ucha, wciskając zieloną słuchawkę. Ponownie rozłożyłam sie na kanapie, biorąc w rękę , pódełko z lodami. Za nie całe 20 minut, miał przyjść, Louis, mimo złożnonej mamie obietnicy, nie specjalnie cieszyłam się z jego przyjścia. Prawą dłonią sięgnęłam, po pilota, przełanczając, szybko kanały, w poszukiwaniu, jakiegoś ciekawego serialu. Pustki. No ale czego można się spodziewać po niedzielnym, popołudniu. Ze zrezygnowaniem, odżuciłam od siebie pilota, maczając delikatnie łyżkę w zimnej mazi. Po nie długiej chwili, do moich uszu doszedł dźwięk, głośnego dzwonka.
- Już ide ! - krzyknęłam, podnosząc się mozolnie z kanapy. Przebiegłam długi kotytarz mechonicznie zatrzymując się przy drzwiach. Dleikatnie obiełam dłonią klamkę, i z penością pociągnęłam ja w dól. Na schodach stał dośc przystojny chłopak, w brązowych, całkowicie roztrzepanych włosach, i szaro- niebieskich oczach które mimo tańczących iskierek, mroziły samym spojrzeniem.
- Eee, Townstreet 90 210 ? - zapytał nie pewnie, wpatrując się w zapisane na swojej kartce notatki.
- Tak. - powiedziałam , pewnie wpatrując się w stojące za szatynem walizki. - a cos się stało.?
- Nie raczej nie. Ale czekaj to ty jesteś (T.I) ? - dopytywał, nadal wyczywując treść z kartki.
- No tak to ja...
- Ah. to świetnie - uśmiechnął się uroczo robiąc krok w stronę mieszkania. - Jestem Louis . - dodał stając na przeciwko mnie. Boże czy to ten Louis Tomlinson. To na pewno On.? Nikt mnie wcześniej nie uprzedził że będzie on ode mnie starszy o zaledwie 3 może 4 lata. Myślałam że ten którego wynajęła moja matka , będzie ... no nie wiem ... Starszy. Nie dość to nikt nie wspomniał że będzie on taki ... ładny.
- Louis Tomlinson.? - zapytałam , w odpowiedzi chłopak twierdząco pokiwał głową . - Eee, No to prosze . - powiedziałam, uchylając drzwi , i wpuszczając niebieskookiego do środka.
- Ładnie tu. - odparł, przyglądając się uważnie karzdemu szczegółowi w domu.
* Godzine później, rozpakowując Lou* - Pff. sądzisz że poradzisz sobie lepiej niż ja.? - zapytałam kpiąco, wkładając do szafki jedną z koszulek Louisa. - Raczej wątpie..- Haha. Ty: rozpuszczona nastolatka, ma sobie poradzić w domu lepiej niż doświadczony Mężczyzna.- powiedział, śmiejąc się gardłowo. Własnie pomiędzy nami, wywołała się dość zabawna kłutnia, polegająca na tym że osądzaliśmy kto lepiej poradził by sobie w domu.- pozatym jestem prawie pewien, że bys sobie nie poradziła, myślisz że po co twoja mama miała by zatrudniać mnie do pomocy, z pewnością że sobie poradzisz . Hmm.?
- Uwierz mi poradziła bym sobie i bez ciebie..
- haha. Nie wierze.
- Okej . Zakład .? - zapytałam wyciągając pred siebie dłoń. - Jeszcze tydzień nie ma moich rodziców, przez ten czas będe musiała sobie robić śniadania, składać łóżko, robić pranie... Co o tym myślisz.?
- Zgoda. - powiedział , melodyjnym głosem, łapiąc mnie za rękę . - zaczynamy od jutra , aż do następnego poniedziałku.
- Przegrasz Tomlinson . -odparłam, biorac do ręki kolejną koszulkę.
- Jeszcze się okaże.
*24 czerwca , piątek.*
Wiecie co musze wam powiedzieć, że na prawde straszni polubiłam Lou. Przez te pięć dni , bardzo sie do siebie zbliżyliśmy, a ja jak na razie bez problemu radziłam sobie z zakładem. Mimo że to ja miałam robic wszystko za chłopaka, on tez nie chońbił pomcom. Robiłam nam śniadania, Louis obiady a wspólnie tworzyliśmy kolacje. Podzieliliśmy się też innymi obowiązkami. Jednak ten tydzień na prawde nie był poświęcony samej pracy. Na przykład w trakcie odkurzania dywanów, mycia okien i robienia prania, najczęściej towarzyszyła nam muzyka, do której z zapałem tańczyliśmy. Czasami podczas,zamiatania, Lou udawał gwiazdy i zaczynał śpiewac różne piosenki, pokazując przy tym jak wielki posiada talent.
"Chyba na prawde myliłam się co do niego. " - pomyślałam, podrzucając na patelni, sporych rozmiarów naleśnika. Rozłożyłam ro na talerzu a kolejną porcje nalałam na podgrzany olej. Z dolnej szafki, wyciągnęłam , dwa białe talerze. rozkładając je na stole kontem oka zauważyłam , wchodzącego do kuchni szatyna. Był tak pochłonięty, pisaniem czegoś w telefonie, ze nawet nie zauwarzył mojej obecności.
- Witam Pana ! - powiedziałam, na co chłopak lekko się wzdrygnął.
- Dzień Dobry szkrabie - odparł po chwili po czym ucałował delikatnie mój policzek.- Mmm. Nie kuść .
- Czym ja cię znowu kusze .? - zapytałam rozbawiona. Chłopak stanął za moimi plecami, oplatając swoje ręce wokół mojej talii, i kładąc swój podbrudek w zagłęgieniu szyji,westchnęł cicho.
- Wszystkim. Wyglądem, ruchami, zapachem, słowami. - mówił, kierując się wolno w stronę stołu, z kąd *nadal obejmójąc moje liche ciało* , zwinął jednego ze zrobionych naleśników.- Mmm. A wiesz co jest najfajniejsze.?
- Hmm?
- To , że moje podniebienie kolejny raz dostaje orgazmu, przez twoje śniadania.- odparł obracając mnie, twarzą do siebie.
- Uważaj żeby to było tylko podniebienie.- powiedziałam zmysłowo łapiąc za pasek jego spodni.
- Uu. sugerujesz coś , kankretnego.?- zapytał powoli zmniejszając dystans między nami. jego wargi lekko sie uchyliły, przez co mogłam poczuc na swojej skórze jego ciepły oddech. Przez moje ciało przeszło milion dreszczy kiedy, wślizgnął swoje zimne palce pod moją cienka koszulkę. Chłopak wykorzystał chwilę mojej nie uwagi, ponieważ momętalnie poczułam jego wargi na swoich własnych. Od subtelnego pocałunku, zaczęła sie prawdziwa wojna. Jezyki tańczyły ze soba powolny taniec a miażdźące się usta, walczyło dominację. Szatyn delikatnie, napierał na moje ciało, prowadząc je aż do blatu, gdzie jednym ruchem usadzilł mnie na nim, stając pomiędzy moimi nogami. Tą nisamowita chwile przerwał dźwięk dzwoniącego telefonu.
- Nie odbieraj- wyszeptał Louis po między pocaunkami. Z niechęcią odsunęłam się od chłopaka, obrzucając go prpraszającym spojrzeniem, po czym zeskoczyłam z blatu. Przeszłam szybko, korytarz podążając w stronę dochodzącego dźwięku. Kiedy doszłam do salonu, chwyciłam w rękę telefon i nie patrząc na numer, wcisnęłam zieloną słuchawkę.
- Słucham.? - zapytałam , ocierając ręką, zpierzchniałą wargę.
- Dzień Dobry Kochanie.- usłyszałam głos mamy w telefonie, która widocznie tryskała radością.- mam dobre i dobre wieści , więc które pierwsze.?- zapytała, a po drugiej stronie usłyszałam jej cichy śmiech.
- eem. No nie wiem... - zaśmiałam, się udając, zamyśloną . - może najpierw te dobre.
- Okej, więc, Ogłaszam ci że wrócimy , jutro po południu, co pozwoli nam spędzić z tobą więcej czasu.- odparła radośnie.- A te drugie to takie że postanowiłam , jednak ponownie zatrudnić Panią Williamson. Fajnie .prawda .?
- Że co .? - zapytałam, a raczej wykrzyczłąm , przerażona. - jak to ? Trish ?
- Normalnie. Nie cieszysz się .? przecież sama mówiłąś że nie zniesiesz więcej niż minuty z Tomlinsonem ,a teraz nagle nie jest ci to na ręke.?
- Ale ja nie chcem Trish ja chcem jego.! - mówiłam nadal nie wiedząc jak na to zareagować.- Ja chyba , go ....
- Kochasz .? - zapytała nie pewnie rodzicielka. Nie wiem czy mi się zdawało czy w jej głosię na prawde słyszałam, nadzieję. Sama nie wiedziałam czy go kocham. te 5 dni na prawde dało mi do zrozumienia że jest on na prawde cudowny, a ten pocałunek tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że coś do niego czuje.
- Kochanie.? - zapytała ( I .T .M) , nie dostając przez dłuższy czas odpowiedzi.
- tak mi sie wydaje....- powiedziałam , nie pewnie, łapiąc się w zakłopotaniu za głowę. Po drugiej stronie słuchawki, usłyszałam donośny pisk który mógł oznaczać tylko jedno . Ucieszyła się .
- Powiedziałś mu .? Boże od razu wiedziałam że coś z tego będzzie.
- nie nie powiedziałam, i raczej wątpie że on to odwzajemnia. - powiedziałam spoglądając w stronę, wejścia do salonu. W śroku przejścia stał, Louis. Miał ręce włożone głęboko w kieszenie i z uśmiechem wpatrywał się we mnie. - Musze kończyć - odparłam , przygryzając lekko wargę.
- A co stoi koło ciebie .? -zapytała podejrzliwie, zciszając głos.
- Mamo - jęknęłam, z wyrzutem. - tak stoi.
- Aa. to nie przeszkadzam. tylko grzecznie tam !- już chciałam coś powiedzieć , jednak nie zdążyłam,ponieważ , kobieta rozłączyła się. Odłożyłam telefon na mały stolik, i niepewnie spojrzałam na Louisa. Chłopak wolno zaczął zbliżac się w moją stronę. A moje serce z każdym jego krokiem zaczęło bić mocniej. Szatyn delikatnie obiął, dłońmi, moją twarz i złożył na ustach subtelny pocałunek. Nawet na taki mały dotyk reagowałam tak silnie. Moje kolana mimowolnie stały się, miękkie, a w podbrzuszu, zaczęły latać znajome mi motyle.
- dlaczego to robisz .? -zapytałam po skończonym pocałunku .
- Bo cie kocham.
1. Przepraszam za błędy ale pisanie po nocach nie służy nikomu :P
2. Nie mialam pojęcia jak skończyć :P
3 To jest beznadzieja, brak weny się kłania :c

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz